CHAMPIONS 20 TIMES

QUIZ

Wayne Rooney to czołowa postać reprezentacji Anglii. Ma na koncie wiele występów, jak i również... ROZWIĄŻ QUIZ

+ +5 - Anglicy przegrywają, bo pycha kroczy przed upadkiem

Publicystyka xmilkaax @17.09.2015, 10:22 | Przeczytano 1264 razy

Anglicy przegrywają, bo pycha kroczy przed upadkiem

Kluby z Premier League stają się pośmiewiskiem Ligi Mistrzów. Ludzie się cieszą, że bogatemu ukradli samochód.

Na początek dwa zdania wyjaśnienia. Tak – uważam, że Premier League w każdym oknie transferowym przepłaca i to kilkukrotnie, a transfery piłkarzy wewnątrz ligi dla reszty Europy mają prawo wyglądać jak żart. Tak – jestem pewien, że tacy piłkarze jak De Bruyne czy Sterling nie mają prawa kosztować po kilkadziesiąt milionów. Do chóru prześmiewców nie dołączam jednak tak łatwo. Przyczyna jest prosta: piłka to dzisiaj brutalny biznes. Musi się spinać. Przynosić dochody. Nie jest to oczywiście usprawiedliwienie dla klubów Premier League, bo sukcesy mogą dać jeszcze większe zyski, natomiast przedstawiciele angielskiej ligi są jedynymi, którzy mogą sobie pozwolić na ich brak.

O ile więc nasze coroczne marzenia o występach Lecha czy Legii w Lidze Mistrzów mają rozważania w dużej mierze finansowe, bo zastrzyk gotówki płynący z Champions League mógłby pozwolić zbudować w polskich warunkach potężny klub, to w Anglii nie przykładają do tego aż tak wielkiej wagi. Wydaje mi się, że często czołowe zespoły Premier League chcą być w tzw. Top Four (kiedyś to była niemal stała, zdewaluowana dziś, Big Four) dlatego, że chcą po prostu być w czwórce najlepszych drużyn w Anglii. To sprawa wewnętrzna, kwestia honoru. Coś jak wymóg, np. Arsenal nie wyobraża sobie, by skończyć ligę poniżej Tottenhamu, Manchester United chce być koniecznie wyżej niż Liverpool, itd.

Najlepszym dowodem na to, że porażki angielskich drużyn w Lidze Mistrzów martwią wszystkich... poza samymi Anglikami, jest zabawna analiza, jaką znalazłem dziś rano w jednej z gazet. Otóż dziennikarze zastanawiają się, czy przegrane w LM wpłyną na tzw. "kaca ligowego". Wyliczają, jak zespoły z Anglii radziły sobie dotychczas po pucharowych potknięciach, dochodząc do wesołego wniosku: nic strasznego się nie działo... Za chwilę więc następna kolejka Premier League i liczy się tylko to.

Kluby o których mowa to w zdecydowanej większości globalne marki, przynoszące milionowe zyski. Marki rozpoznawalne od Azji po USA i pod tym względem mogą się z nimi równać jedynie Real czy Barcelona. Baza fanów na całym świecie, nawet takich na drugim jego krańcu, zarywających noce, by obejrzeć mecz ligowy, nie daje jednak progresu sportowego. Fakty są okrutne. Angielskie zespoły najlepiej czują się we własnym sosie, a kiedy przychodzi im mierzyć się z drużynami z kontynentu, coś pęta im nogi. Ci sami piłkarze, którzy błyszczą w lidze, w europejskich pucharach stają się pośmiewiskiem. Pojawiają się pytania o poziom rozgrywek.

Idealnym przykładem jest Manchester City. Klub zbudowany za setki milionów funtów, kupujący piłkarzy po kilkadziesiąt milionów, wystartował w tym sezonie ligowym jak burza. "The Citizens" gromią wszystkich, nie tracą goli, prowadzą w Premier League z kompletem punktów. Ale na pierwszej poważnej przeszkodzie, finaliście poprzedniej edycji LM, wyłożyli się jak dłudzy. Dla ich menedżera Manuela Pellegriniego chorobliwy syndrom Europy może być o tyle niezrozumiały, że przecież właśnie w Champions League radził sobie jako trener znakomicie z dużo słabszym kadrowo Villarrealem.

Być może to po prostu rozpasanie. Piłkarze z Europy, jeśli chcą dzisiaj w ogóle przenieść się do Anglii, to głównie z powodów finansowych. Nigdzie tak łatwo nie rozdaje się tygodniówek rzędu 100-200 tysięcy funtów. Mozna więc godnie zarobić i w kieszeń wsadzić sobie dumę związaną z wygrywaniem poważnych trofeów w europejskich pucharach. To rozpasanie ma również drugie oblicze: Anglicy w pewnym momencie tak bardzo zdominowali rozgrywki LM, że w półfinale występowały trzy zespoły. W 2008 roku finał był wewnętrzną sprawą Anglii (Chelsea i Manchesteru United). Inni w pocie czoła pracowali, a Premier League zasnęła. Nic nie jest dane na zawsze.

Hiszpanie odrobili lekcję. Barcelona dała sygnał, była kołem zamachowym rewolucji, ale powiedzieć dzisiaj, że La Liga to tylko Barça czy Real, byłoby tezą krzywdzącą inne silne zespoły i po prostu silną ligę z Półwyspu Iberyjskiego, co przyzna nawet taki fanatyk angielskiej piłki jak ja. Kiedy Manchester City przegrywał w dwóch ostatnich edycjach z Barçą, można było te porażki zaakceptować. Na takim poziomie przegrana jest wkalkulowana, natomiast martwił styl, bo Katalończycy deklasowali drużynę z Wysp Brytyjskich i nie pomogły mocne europejskie czy południowoamerykańskie akcenty w ekipie Pellegriniego, w postaci Davida Silvy, Samira Nasriego czy Sergio Agüero.

Porażek City, Arsenalu czy Manchesteru United na tym etapie Ligi Mistrzów jakoś specjalnie bym jednak nie demonizował. Nie mam problemu z wyobrażeniem sobie scenariusza, w którym z grup wychodzą wszystkie te zespoły, plus Chelsea, dla której to obowiązek przy skali trudności rywali. Nawet jeśli nawalą, to nie zabije jednak pychy Anglików i ich przekonania o wyższości nad innymi, co moim zdaniem sprawia, że ludzie z innych krajów tak głośno szydzą z tych potknięć bardziej niż same potknięcia. Dziennikarze z Anglii mają z jednej strony najlepszą robotę świata – cztery kluby w europejskiej elicie, zapisywanie kolejnych stron to żaden problem, co rusz jakieś ważne mecze. Z drugiej jednak – ostatnio coraz częściej muszą szukać powodów, dla których czołówka Premier League nie jest czołówką Europy. Ale nie robią tego. Raczej wolą usprawiedliwiać. "Nie chodzi o umiejętności, no bo kogo ze składu Juventusu wzięlibyście do drużyny City?" – pytali dziennikarze po wtorkowej porażce. Ale trochę ich rozumiem. Bo jak logicznie wytłumaczyć ludziom, że klub taki jak Manchester United wydaje 300 mln funtów na piłkarzy, kupuje najlepszego gracza PSV Eindhoven, a potem z tym rywalem dostaje w łeb w Lidze Mistrzów? Jak logicznie wyjaśnić, że Raheeem Sterling, wizytówka nieudanych ruchów transferowych na Wyspach, dwukrotnie nie umie pokonać Gianluigiego Buffona w sytuacji sam na sam, dlatego właśnie nie jest wart tych pieniędzy, jakie zapłacono za niego na Etihad Stadium. Jak pojąć, że naszpikowany gwiazdami Arsenal przegrywa w Chorwacji? Jak rozumieć słowa Slavena Bilicia, który po porażce West Hamu z Astrą Giurgiu powiedział: "Myślałem, że możemy ich pokonać słabszym składem". Jak znaleźć sens w odpadnięciu Southampton z Midtjylland? Powstaje też pytanie: skoro Sterling kosztował 49 mln funtów, to ile wart jest Robert Lewandowski? 200? A Messi? 2 miliardy?

Z angielskich klubów najchętniej śmieją się polscy kibice, mając sporo szczęścia, że tamtejsi fani nie interesują się naszymi rozgrywkami, bo to by dopiero była kupa śmiechu. Byłoby to może uzasadnione dawno temu, gdy Legia w Lidze Mistrzów grała jak równy z równym z Balckburn Rovers, ale dzisiaj brzmi dość dziwacznie. Wiadomo, nie ten świat finansowy, ale – jak to u nas głęboko zakorzenione w mentalności – zawsze fajnie, jak bogatemu ukradną samochód, zwłaszcza, kiedy samemu jest się golasem. Zanim jednak ten śmiech bedzie jeszcze głośniejszy, warto zrozumieć, że Anglicy wydają tak dużo, bo... stać ich na to. Wielkie przychodzy sprawiają, że środki trzeba wprawić w ruch. Gigantyczne transfery są więc zakrzywieniem rzeczywistości, ale dokładnie to samo robią bogaci ludzie na całym świecie. Kupują drogie samochody, buty, torebki i latają na wakacje na luksusowe wakacje. Niewiele pamiętam ze studiów, ale jedno zostało mi w głowie: kiedy więcej zarabiasz, coraz więcej wydajesz na dobra luksusowe (czasem one się takie nie okazują, to iluzja). Z angielskimi klubami jest jednak inny problem. System, w jakim funkcjonują, ten odrębny świat, oderwany od realiów finansowych piłki na całym świecie, to jakaś porąbana gra planszowa. Niestety, na koniec dnia okazuje się, że możesz mieć dużo kasy w "Monopoly", ale w sklepie nie da się tym zapłacić.

Trudno mi wyżywać się na piłkarzach występujących w Premier League, bo choćby nie wiem jak źle prezentowali się w pucharach i tak nie przestanę pasjonować się tą ligą. My, fani angielskiej piłki, już tak mamy, że nawet żenujące potknięcia szybko wymazujemy z pamięci. Przecież za chwilę Chelsea gra z Arsenalem i choćby nas ktoś przypalał rozgrzanym do czerwoności żelazaem, nie zaprzeczymy, że to hit, na który czekamy z wypiekami na twarzy. Może ta sama pycha, która kroczy przed upadkiem i powoduje porażki w Europie, jest czymś, co sprawia, że Premier League jest tak uwielbiana na całym świecie? Może dlatego odwracamy za nią głowę, jak za najładniejszą dziewczyną na ulicy (która przy bliższym poznaniu nie miałaby za wiele do powiedzenia)? A może po prostu dla fana BPL mecz Stoke z Sunderlandem niesie większy ładunek emocji niż El Clásico?

Jedno Premier League trzeba oddać – to chyba jedyna liga, która zdołała wykreować u widza absolutny kult. To nie jest futbol, tylko coś więcej. Wielkie kino, z rozmachem, coś jak Hollywood. Ale, niestety, pogrążone w samouwielbieniu, taplające się we własnym sosie. Ładnie to podsumował jeden z dziennikarzy "Daily Mail": "(...) I to kolejny problem angielskiej piłki. Jesteśmy tak bardzo zakochani w swojej lidze, że nie otwieramy się na świat. Jesteśmy Amerykanami Europy". Każdy taki głos zdrowego rozsądku jest dzisiaj dla Anglików na wagę złota.

 

Przemysław Rudzki
publicysta "Przeglądu Sportowego"


Źródło: eurosport

Tagi: Arsenal, Chelsea, Felietony, Liga Mistrzów, Manchester City, Manchester United, Pieniądze, Porażka, Premier League, Transfery

Komentarze (5) Obserwuj Dodaj opinię

Postów: 1270

Napisz PW
dodano: 05.10.2015, 21:35, #5 Zwiń/Pokaż komentarz Kubuś1878 (1/3)
Nie wiem o co kaman pozdrawiam :):):)
Postów: 317

Napisz PW
dodano: 18.09.2015, 17:08, #4 Zwiń/Pokaż komentarz Razor1878
Bardzo fajny tekst jest w nim prawie wszystko napisane i dużo jest w tym racji ale trzeba sobie powiedzieć to otwarcie jesteśmy świadkami czegoś niesamowitego ponieważ Premier League przeskoczyła LM pod wzgledem zainteresowania.
Przede wszystkim chodzi o pieniądze za zwycięstwo w LM wygrany dostaje ok. 60 mln euro natomiast mistrz Anglii ponad 90 mln funtów więc jak widac spora różnica mało tego cała top4 dostaje podobną kwote, a to jest dopiero początek.
Następna rzecz to terminarz rozgrywek LM jest rozgrywana we wtorek i środę o 20:45, 8 meczy w jednym momencie i to wieczorem w środku tygodnia a następnego dnia trzeba iść do pracy na 6:00 rano. Natomiast Premier League ma zarezerwowaną sobotę (13:45, 16:00, 18:30), niedzielę (14:30, 17:00 albo 13:00, 15:05, 17:10) i poniedziałek (21:00) więc sami widzicie że o wiele więcej meczy można obejrzeć.
Kolejna rzecz jest taka że w LM by dojść do finału rozgrywa się... 13 meczy, a w Premier League wszyscy po 38, mało tego w święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc oglądacie LM czy BPL? Nie mówiąc już o Azjatach którzy dzięki wczesnym porom rozgrywania meczów w Europie oni też moga obejrzeć mecz o rozsądnej porze a nie o 3 w nocy.

PS. Jeszcze jedna wzmianka to mecze Premier League były jako pierwsze transmitowane w technologii HD jako pierwszy mecz w 3D był to Arsenal - Man Utd, w Anglii jako pierwsi zastosowali technologie goal-line a nie wprowadzili sędziów zabramkowych... i mam nadzieje że już nie długo skysports będzie transmitować mecze w jakości 4K (Ultra HD)
zobacz więcej
Postów: 1108

Napisz PW
dodano: 17.09.2015, 20:37, #3 Zwiń/Pokaż komentarz Igor10
Wyliczenie dwoch nieudanych akcji Sterlingowi to juz debilizm.Co z tego ze kosztowal krocie,City lubi przeplacac.Messi czy Ronaldo tez nie strzelaja bramek, gdy sa sam na sam czy maja karne i nikt ich z tego nie rozlicza,bo to jest chore.Nie ma ludzi idealnych,a co dopiero pilkarzy.
Postów: 3490

Napisz PW
dodano: 17.09.2015, 14:45, #2 Zwiń/Pokaż komentarz Redakcja: dinos
Nie dramatyzowałbym aż tak bardzo z tymi pierwszymi porażkami. Tak naprawdę jedynymi drużynami, które narawdę wtopiły, były United i Arsenal. Chelsea odniosła pewne zwycięstwo, zaś City przegrali z zeszłorocznym finalistą LM - o tym większość zdaje się zapominać. Zwycięstwo PSV moim zdaniem było niezasłużone, biorąc pod uwagę, że jedną z bramek strzelił koleś, który powinien wylecieć z boiska (i został potem graczem meczu). Spotkania Arsenalu nie oglądałem, więc nie wiem jak to wyglądało, mimo wszystko uważam, że spokojnie tę stratę odrobią i przejdą dalej.

Prawdziwym pytaniem jest właśnie co dalej. Kiedy przyjdzie się mierzyć z PSG, Barceloną, Realem i Bayernem. Jestem pewien, że angielskie kluby mają jakość, aby ograć te zespoły, pytaniem pozostaje, czy to zrobią. Mimo wszystko mam nadzieję, że nie skończy się na takim blamażu jak w zeszłym roku. Utrata jednego miejsca w europejskich rozgrywkach może być bardzo bolesna dla Anglików.
Postów: 10294

Napisz PW
dodano: 17.09.2015, 12:47, #1 Zwiń/Pokaż komentarz Eric Djemba-Djemba
:) Tak prawdę mówiąc, to ja nie wiem, czy to co Rudzki pisze i myśli, to dobra droga. Gdzieś ten początek, to całe zło musi mieć. Wiemy, co dzieje się z reprezentacją, co dzieje się, kiedy wychowankowie i młodzi piłkarze nie mają szans z tymi, kupowanymi, już w pełni ukształtowanymi zawodnikami, kupowanymi za bajońskie sumy... Nie wiem, to trudne i złożone, ale rynek piłkarski jest chory z tymi sumami!
[x]Informujemy, że ta strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z polityką plików cookies. W każdym czasie możesz określić w swojej przeglądarce warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies.